KIM JESTEŚMY

logo-pietro-taricone-onlus-square

Stowarzyszenie no profit Pietro Taricone Onlus zostało stworzone w grudniu 2011, aby zachować pamięć Pietra Taricona.

W czerwcu 2010, w wieku 35 lat, Pietro odszedł, zostawiając ból i przygnębienie osobom, które go kochały i doceniały.
Kiedy tysiące ludzi zaczęły pisać do jego rodziny, aby wyrazić bliskość i serdeczność, jego druga połowa, Kasia Smutniak, i najbliżsi przyjaciele, zdecydowali się spożytkować tę pozytywną energię, aby zrealizować marzenie Pietra o lepszym świecie.

Stowarzyszenie Pietro Taricone Onlus rozwija i popiera projekty, związane z edukacją i szkolnictwem dzieci w trudnych warunkach socjalnych, które to projekty pomogą zapewnić poziom wykłsztalcenia porównywalny do oferowanego w innych częściach świata. Solidne i dobre wykształcenie będzie decydujacym czynnikiem, który pomoże stawić czoła przyszłości z takimi samymi możliwościami, jakie mają dzieci z krajów bardziej rozwiniętych.

W tym kontekscie stowarzyszenie obrało za pierwszy cel budowę szkoły dla dzieci w Mustangu w Nepalu, formułując projekt edukacyjny, mający na celu zachowanie spuścizny kulturalnej, która jest zagrożona upadkiem.

LIST OD KASI

IMG_4990

Ja i Pietro byliśmy tylko jeden raz w Mustangu. Jeden jedyny. I to wystarczyło, aby się zakochać w tym miejscu, w tamtejszych ludziach i w ich kulturze. Nie pomyślałabym nigdy, że dokładnie po ośmiu latach wrócę sama z córką, aby wybudować tam szkołę!

Wszystko rozpoczął Pietro. Pewnego dnia wrócił do domu z pomysłem. Jednym z wielu tych jego szalonych pomysłów, krzycząc „wyjeżdżamy do Nepalu!”. Nie wiem, co go zainspirowało, może czysta ciekawość, może lektura jakiejś książki lub artykułu, lub zwyczajnie – przeglądając „National Geographic”, natrafił na tekst o starym królestwie Mustang, i zdecydował się wyjechać.
Pietro taki był, czysty instynkt z ciekawością dziecka. I szalona potrzeba robienia wszystkiego natychmniast. Zdołał nawet odnaleźć osobę, która wielokrotnie była w Mustangu, mieszkała tam, pracowała i opowiadała o tym z wielkim entuzjazmem. Chcieliśmy poznać tę osobę, aby zrozumieć dokładnie, o czym opowiada, i w tym celu postanowiliśmy ją odwiedzić .

Osoba ta ma na imię Alberto. On także pozostał w naszych wspomnieniach na długo. Wyruszyliśmy wkrótce potem, pod koniec lipca, mając wszystkie adresy. Wiedzieliśmy, gdzie spać, co zobaczyć i czego nie jeść.
Katmandu osiem lat temu było miejscem poza światem, zatopionym w totalnym chaosie, i muszę przyznać, że z latami niewiele się zmieniło. Ludzie i samochody przemieszczają się chaotycznie, z logiką bardzo odległą od naszego kodeksu drogowego, klaksony nie przestają dzwonić nawet na sekundę, zaskakują małpy i krowy, stojące na skrzyżowaniach, mieszanka mocnych zapachów kadzideł, kwiatów, odchodów i krwi zwierząt zarzynanych na ulicy, świeczki maślane, eksplozja emocji i hazard wrażeń nieporównywalnych do niczego, co widziałam wcześniej. Wszystko to okraszone uśmiechami i pogodą ducha, odczuwalną w każdym zakątku. Osobom takim jak my, które przyjeżdżają ze świata, gdzie wszystko jest uporządkowane, pod pełną kontrolą, jest to niezmiernie trudne do zaadaptowania.

Po kilku dniach przystosowania wyruszyliśmy do Mustangu. Dwa samoloty, jedna noc przespana w Pokharze (obowiązkowy przystanek na trasie). Aby dostać się do królewstwa są tylko dwie drogi. Jedna z północnego Tybetu i druga ze wschodniego Nepalu. Nie zapomnę nigdy wjazdu do Jomsomu. I za każdym razem, kiedy tam jadę, jest to najlepsza część podróży, dlatego też, że mały samolot z Pokhary do Jomsomu przypomina chrząszcza, lecącego pośród gigantów. Gigantów o ośmiu tysiącach metrów. Tak nazywają się góry, które otaczają cały region i nieodzownie odczuwa się ich obecność. I kiedy samolot ląduje na mikroskopijnym lotnisku w Jomsomie, wydaje się lecieć nadal. To uczucie nie opuszcza mnie nigdy w Mustangu. To jest to, co najbardziej mi się podoba. Pietro był oczarowany pięknością tych gór. Pamiętam go, siedzącego na koniu, rozkładającego ramiona, jakby leciał.
Wtedy nie było jeszcze drogi i jedynym sposobem przemieszczania się była wędrówka pieszo lub konno. My oczywiście wybraliśmy drugie rozwiązanie. W Jomsomie przyszedł po nas Tenzyn, wówczas dziewiętnastoletni i od niedawna żonaty z Pemą, trochę strarszą od niego. Tenzyn i Pema byli przyjaciółmi Alberta i z latami ich dom stał się również moim, nasze córki spały razem i ja, podczas specjalnego rytuału, zostałam siostrą duchową Pemy. Zagubiliśmy się totalnie w tym miejscu. Trudno to wytłumaczyć, ale przez jakś nieokreślony okres, czas dla nas się zatrzymał. Byliśmy zupełnie oczarowani pięknością pejzażu, uprzejmością mieszkańców, mistycznością rytuałów, czystą pogodą ducha. Ale również kompletnym ubóstwem. Prawie przez miesiąc byliśmy gośćmi rodziny Tenzyna i Pemy, a oni nic w zamian nie chcieli, nawet jednego centa. Pamiętam pożegnanie o świcie, kiedy płacząc podarowałam Pemie ostatnią rzecz, do której byłam przywiązana, malutki krzyż, nic specialnego, ale widziałam łzy na twarzy mojej przyjaciółki i wiem, że się domyśliła. Wiedziałam również, że nie zobaczę jej szybko. Pietro w ostatnich dniach nadzwyczajnie milczący, teraz nie przestawał mówić przez całą drogę (tym razem sześć godzin na nogach) na lotnisko w Jomsomie. Powtarzał, że musimy coś zrobić, że jesteśmy uprzywilejowani pracą, którą wykonujemy, że kultura Mustanga jest zbyt cenna i jeśli zaniknie, będzie to też naszą winą, bo nic nie zrobiliśmy, żeby do tego nie doszło. Miał tysiące pomysłów i obiecaliśmy sobie, że szybko tu wrócimy.
Jakie dziwne jest życie. Myślę, że nic nie dzieje się przypadkiem. I może nie był to moment idealny do „zrobienia czegoś”. Zaraz potem oczekiwaliśmy potomstwa, następnie nasza dziewczynka była zbyt mała na podróże, póżniej praca, dom, znów praca i tak nasze marzenia zostały tam, daleko. Ale w międzyczasie dochodziły wiadomości od Pemy i Tenzyna. Zawsze byliśmy w kontakcie. Parę tygodni po śmierci Pietra zadzwonił do mnie wzruszony Alberto i mówił, że Tenzyn dowiedział się, nie wiadomo, od kogo i jak, i dotarł do Jomsomu, aby zadzwonić i powiedzieć mi, że wioska odprawiła pudźę (modlitwa chóralna mnichów tybetańskich przy specjalnych okazjach, która może trwać nawet cały dzień) za duszę Pietra. Wtedy zrozumiałam, że nadszedł czas, żeby wrócić i „coś zrobić”.

Osiem lat później z córką i z naszym przyjacielem Alberto wróciłam do domu Tenzyna i Pemy z silną motywacją, ale bez sprecyzowanego pomysłu. Zobaczyłam, że nasze dawne idee teraz domagały się pilnej realizacji. Odbyłam cztery podróże w okolicy oraz wyjazd aż do Lo Manthang, nawet dalej na północ, blisko granicy chinskiej, razem z grupą lekarzy, leczących akupunkturą, aby dowiedzieć się więcej o kulturze, o tradycjach i o języku tego regionu. Zobaczyłam i przeżyłam to miejsce, oczywiście z moiej perspektywy, próbując patrzeć sercem i nie zostać oślepioną poszukiwaniem „czegoś”. Po półtora roku zrozumiałam, że właściwą rzeczą do zrobienia tutaj jest wybudowanie szkoły.

P.S. W projekcie biorą udział bezpośrednio Alberto, Tenzyn, Pema, cała rodzina Tenzyna i cała społeczność wioski Ghemy, Kunzom (dziewczyna z Mustangu, przyjaciółka Alberta od dwudziestu lat, która mieszkała przez dziesięć lat w Ameryce i zdecydowała się wrócić, żeby zająć się tym projektem osobiście), Shyam i Hari (przyjaciele nepalscy, którzy są prawie rzymianami) i moi przyjaciele, a przede wszystkim przyjaciele Pietra, którzy mi pomagają codziennie w realizacji naszego marzenia.

Kasia Smutniak
Rzym 20 lutego 2012

RADA I PERSONEL

Kasia Smutniak – Chairman
Rolando Ravello – PTO Vice Chairman
Arianna Agosta– PTO Executive
Kunzom Thakuri – Pietro Taricone Foundation NGO Executve
Maurizio Taricone – PTO Tresaurer
Emanuele Rizzotti – PTO Executive
Maurizio Sarsini – PTO Executive
Roberto Romboli – Private Investor
Carolina Amenta – PTO Secretary